środa, 17 wrzesień 2014 00:00

W jednej z warszawskich szkół

Szanowni Państwo,

Chciałabym opisać przypadek, jaki miał miejsce w zeszłym roku w jednej z warszawskich szkół, do której uczęszcza moje dziecko. 

Może zacznę od początku...

Tradycyjnie wracając z dzieckiem do domu po zajęciach szkolnych, zapytałam, co ciekawego się dziś działo w szkole i co ma zadane.

Dziecko (4 klasa podstawówki) wówczas odpowiedziało, że mieli zajęcia z panią psycholog i panią prawnik nt. dyskryminacji i praw dziecka.

Poprosiłam, aby opisał, co dokładnie na tych zajęciach było. Otóż owszem była mowa o prawach dziecka, o tym, że nie wolno dyskryminować osób starszych, niepełnosprawnych, biednych, ale też pokazano dzieciom obrazki - na jednym był pan z panią, na innym pani z panią i na trzecim - pan z panem. Powiedziano, że nie wolno dyskryminować ludzi ze względu na orientację seksualną i wyjaśniono, co to znaczy "orientacja seksualna". Dzieci rysowały też tęczę. 

Zbulwersowana zadzwoniłam do szkoły, domagając się wyjaśnień - po pierwsze, dlaczego takie zajęcia miały miejsce, po drugie - dlaczego nie wymagano na nie uprzedniej pisemnej zgody rodziców, tylko cichcem przemycono treści, których ja - jako katoliczka - nie akceptuję.

Pani wicedyrektor przeprosiła i powiedziała, że nie wiedziała, że takie rzeczy będą omawiane, że zajęcia miały dotyczyć praw dziecka i niedyskryminowania np. ubogich, chorych. Powiedziała, że czytała program zajęć i nie było tam nic niepokojącego, a do tego zaufała prowadzącym, bo zajęcia odbywały się pod patronatem poważnych instytucji (nie chcę skłamać, bo dokładnie nie pamiętam, jakich, ale zdaje się, że MEN).

Na moje pytanie, czemu zajęcia przeprowadzały osoby spoza szkoły, a w trakcie zajęć w sali nie był obecny wychowawca lub inny pracownik szkoły, pani wicedyrektor powiedziała, że poproszono wychowawcę, aby wyszedł z zajęć, żeby "dzieci nie czuły się skrępowane". Czyli nasze dzieci zostały same w sali z obcymi osobami spoza szkoły, które mogły im mówić to, co im się podobało, bo nikt ze szkoły tego nie kontrolował.

Korzystajac z okazji, chciałabym opisać też nieco inny, ale też oburzający przypadek demoralizacji dzieci. 

5 września wybrałam się z dzieckiem na plac zabaw na Tarchominie, ul. Odkryta.

Okazało się, że na graniczącym z placem zabaw skateparku odbywa się "festiwal hip hopu". Festiwal wyglądał mniej więcej tak: porozstawiane głośniki, mikrofony i grupka 10-15 nastolatków deklamująca wulgarne i pełne przekleństw tesksty "piosenek". Przekleństw było naprawdę dużo, a kobiety w jednym z utworów były nazwane sukami. Temu wszystkiemu przysłuchiwały się dzieci, które bawiły się na placu zabaw. 

Zadzwoniłam natychmiast po policję i dowiedziałam się, że policja nie może zakończyć tych występów, bo na festiwal zostało wydane pozwolenie urzędu dzielnicy Białołęka.

Tym samym nastolatkowie dalej przeklinali sobie dowoli do mikrofonu, a małe dzieci i zgorszeni rodzice musieli tego słuchać, albo opuścić plac zabaw.

Napisałam 8 września maila w tej sprawie do burmistrza dzielnicy Białołęka. Odpowiedzi nie mam do dziś. Napisałam też do mediów - zero reakcji. 

Szukając potwierdzenia, że faktycznie za festiwalem stoją urzędnicy, znalazłam link do strony radnego Urzędu Dzielnicy Białołęka, który na tej właśnie stronie i na facebooku aktywnie promował całe to wydarzenie:

http://www.korowaj.net/2014/09/hip-hop-festival.html

Napisałam o tym, ponieważ seksualizacja dzieci, to nie tylko zajęcia gender w szkole, ale też tego rodzaju wydarzenia "kulturalne" skierowane do młodzieży. Wydarzenia, gdzie promuje się seks bez zobowiązań, poniżanie kobiet, które są traktowane tylko jako obiekt seksualny, gloryfikowanie używek (z tym kojarzy się kultura hip hopowa, gdyż ich teksty dotyczą tych tematow).

Może Państwo będą chcieli wykorzystać powyższe informację, aby walczyć z tego rodzaju wydarzeniami "kulturalnymi".

pozdrawiam,

M. D. (nazwisko i imię znane redakcji)

Czytany 4971 razy